CZY MOŻNA CHCIEĆ ZA BARDZO?

CZY MOŻNA CHCIEĆ ZA BARDZO?

Jakiś czas temu, przy okazji przygotowania dla Was wpisu o wyznaczaniu i osiąganiu celów prowadziłyśmy z Wiolą żywiołową dyskusję na temat, czy cel może być zbyt ambitny. Uwielbiam te nasze dyskusje. Fakt, że się różnimy i mamy odmienne doświadczenia powoduje, że zyskuję szersze spojrzenie na wiele kwestii i potrafię spojrzeć na nie z zupełnie innego punktu.

Wracając do tematu, Wiola twierdziła, że cel musi być ambitny. Im bardziej ambitny, tym więcej człowiek jest w stanie osiągnąć. Ok., z tym mogę się nawet zgodzić. Ba, ja wiem, że jakiego celu bym sobie nie postawiła, to moja ambicja i głupi upór nie pozwolą mi się poddać, chociażby nie wiem jak wysoko ta poprzeczka zawisła. A gdy do tego dodam pewną teorię, która głosi, że w momencie, kiedy masz poczucie, że dajesz z siebie absolutnie wszystko wykorzystujesz jedynie 40% potencjału który posiadasz, to z przekonaniem stwierdzam – Wiolu masz rację.

Teoria teorią. Życie zweryfikuje każdą z nich. Pozwólcie, że opowiem Wam, jak daleko mnie poniosły ambicje.

Po niemal trzech latach biegania powiedzmy „rekreacyjnego”, pod wpływem licznych zachęt oraz wewnętrznego głosu, który mówił mi, że czas na krok dalej postanowiłam zmierzyć się z wyzwaniem, wyjść ze swojej strefy komfortu i wziąć udział w zawodach. Kiedy ta myśl zakotwiczyła się na dobre w mojej świadomości i postanowienie stało się faktem, zaczęłam przekopywać Internet w poszukiwaniu mojego wyzwania. Oczywiście nie byłabym sobą – cel musi być AMBITNY. Nie dziwi więc chyba nikogo, że w pierwszej kolejności moje myśli powędrowały w kierunku królewskiego dystansu. W wyobraźni już biegłam ulicami Nowego Jorku, wśród tysięcy maratończyków, pokonując 42 kilometr trasy, gdy odezwał się jednak głos rozsądku. Nie przesadzaj, pamiętaj, że nie pokonasz przepaści jednym skokiem. Ale dwoma? Czemu nie? Półmaraton wydał mi się całkiem realny. Mój pierwszy w życiu!

Zarys celu już był. Teraz trzeba go doprecyzować, ustalić strategię i brać się do działania. Wszystko zgodnie z teorią. Najpierw przeczytałam co było możliwe na temat przygotowania do półmaratonu. Zbagatelizowałam głosy dotyczące regeneracji i zdrowego rozsądku, na rzecz napawających mnie optymizmem opinii, że można przygotować się do tego dystansu w kilka tygodni. Biegam przecież już tyle czasu, mam motywację, to się nie może nie udać. W kalendarzu imprez biegowych wybrałam termin i miejsce, umówiłam się z trenerem na treningi siłowe, które miały mnie wzmocnić. Na siłowni dawałam z siebie wszystko, żeby było mocniej, szybciej, więcej. Biegałam już zdecydowanie mniej rekreacyjne, liczył się wynik. Sześć intensywnych treningów w tygodniu – w końcu mam cel!

Po pierwszym miesiącu uwierzyłam nawet, że mogę ukończyć ten bieg z całkiem niezłym wynikiem.

Po drugim, choć wciąż wizja zwycięstwa była wyraźna, zaczęła dopadać mnie dziwna niemoc. Na treningi nie biegłam już z takim zapałem. Starałam się tak samo jak dotąd, ale nie było już tej radości i entuzjazmu, odczuwałam zmęczenie choć wciąż starałam się dawać z siebie jak najwięcej. Trzy tygodnie przed startem stało się coś, czego w ogóle nie przewidziałam. Zakładałam różne sytuacje: kiepską pogodę, odwołanie zawodów, kataklizm, a nawet atak Marsjan, ale w żadnym z najczarniejszych scenariuszy nie dopuszczałam myśli, że mój organizm powie dość. Jak to się mogło stać, przecież ja tak bardzo tego chcę, tak bardzo się staram?

Po pierwszym treningu, który musiałam skrócić ze względu na ból wracałam zła. Na siebie – bo się poddałam. Trzeba było przezwyciężyć, a nie rozczulać się nad sobą. Na kolejnych treningach było coraz gorzej –  a ja popadałam w coraz większą frustrację. Ale walczyłam. Nie było gorszej wizji niż zrezygnować. Założyłam sobie cel, więc tego dokonam.

I pewnie by tak było. Prawdopodobnie, gdybym wystartowała, dowlokłabym się do mety, wykańczając siebie i swój organizm, ale cel zostałby osiągnięty.

Na szczęście stało się coś, co dziś, po podjęciu nie łatwej dla mnie decyzji i przetrawieniu osobistej porażki, postrzegam jako swoje małe zwycięstwo.

Biegnąc przez las, pomiędzy polanami zawilców i bajkowymi rozlewiskami, walcząc z bólem, który wmawiałam sobie, że nie istnieje, toczyłam wewnętrzny monolog.

Dlaczego ja właściwie biegam? Jak to dlaczego? Bo sprawia mi to przyjemność

Czy teraz czuję się szczęśliwa? Szczerze? Nie. Traktuję swój cel, jak zadanie do wykonania. Przyjemność zeszła na dalszy plan. Czuję presję udowodnienia sobie i innym, że dam radę.

Czy ktoś ode mnie tego oczekuje? Nie! Sama sobie narzuciłam.

Dlaczego w takim razie, wbrew zdrowemu rozsądkowi i na szkodę własnemu zdrowiu chcę wystartować w wyścigu? Bo ciężko mi się poddać. Nie potrafię się poddać. Wiem, że potrafię pokonać siebie.

Czy jest sens w tym co mówię? Co będę miała z tego, że w tym momencie pokonam siebie. Co i komu tym udowodnię? A konsekwencje? Może się zdarzyć, że po tym biegu przez długi czas nie pobiegnę.

Ta myśl zabolała. To nie byłoby fajne. I to był moment, w którym rozsądek zaczął brać górę nad niezdrową ambicją. Dwa dni przed biegiem podjęłam decyzję – czas odpuścić.

Z perspektywy czasu widzę, jak niemądre było moje podejście. Wiem już co zrobiłam źle, jeszcze raz przeczytałam wszelkie materiały dotyczące przygotowania do półmaratonu, tym razem wzięłam sobie do serca wszelkie uwagi. Przyjęłam też do wiadomości, że nie ma co zgrywać bohaterki, ja też muszę odpoczywać, a próby udowodnienia komukolwiek, że tak nie jest są dziecinne. Moje małe zwycięstwo i kolejna lekcja pokory. Można chcieć za bardzo i to jest bardzo zgubne.

Podsumowując: ambicje są potrzebne, bo to one są motorem napędowym naszego rozwoju. Ale przerost ambicji jest równie szkodliwy co ich brak. Najważniejsze jest odnalezienie złotego środka.

Porażki dają cenne lekcje i nie są końcem świata. Jak mawiał Henry Ford, porażka to szansa by spróbować jeszcze raz, tylko mądrzej. I to właśnie zrobię. Zaczynam od nowa, innymi metodami, bez presji, bez szalonego rygoru. Wiem, że pokonam swój dystans, ale tym razem będzie to dla mnie przyjemność i ogromna radość. Niezależnie od tego która będę na mecie.

Wam również życzę wielu mądrych i budujących celów. Mam też nadzieję, że porażki Was nie zniechęcają. Będzie mi miło, jeśli zechcecie opowiedzieć jak jest z Waszymi ambicjami.

Pozdrawiam Was wszystkie serdecznie. Do zobaczenia na trasie 🙂

Sylwia

Please follow and like us:


3 thoughts on “CZY MOŻNA CHCIEĆ ZA BARDZO?”

    • Cudownie byłoby z łatwością przyswajać lekcje, jakie niesie nam życie. Jak pokazuje doświadczenie nie dość, że nauka nacudzych błędach idzie nam opornie, to i poczucie konsekwencji błędu na własnej skórze niewiele czasem zmienia. Mnie też się zdarza. Myślę wtedy sobie, że nauka musi kosztować, a przy poprzedniej lekcji najwyraźniej rachunek był za niski 😉 Życzę powodzenia i efektywnej nauki. A w razie potrzeby jestem do usług 😘

  • Teoretycznie to bardzo indywidualna sprawa. Bo jedni są w stanie coś osiągnąć tylko dzięki małym krokom, a inni potrzebują dużego celu, aby ich motywował do działania. Jednak warto też mierzyć siły na zamiary. A osiągnięcie celu kosztem zdrowia lub znacznego ograniczenia kontaktów z rodziną nie jest już chyba tak satysfakcjonujące.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *